Idę z Agą wzdłuż drogi. Zepsuł nam się samochód. J., dzieci i bagaże zostały w domu A. (byliśmy w drodze na wakacje), zaś my idziemy pożyczyć samochód od "znajomego" Agnieszki. Dziwnie się idzie po tej ulicy, czuję nierówności pod stopami.
W końcu zerkam pod nogi. Cała ulica jest usypana z kamieni szlachetnych, cekinów, szklanych paciorków, mieni się wszelkimi kolorami. Pytam się A. "dlaczego". Okazuje się, że jest to związane z "legendą znad jeziora", które właśnie mijamy po prawej. Od razu zerkam na jezioro, jest przepiękne, właśnie jest zachód słońca i jezioro zalane jest falą światła. W tym jeziorze, mieszkają dwie złote ryby, które czasem wyskakują wysoko i wtedy spełniają życzenia, ale nikt ich nie widział od lat. Cała sytuacja dzieje się 'na zakręcie'. A. nie kończy opowieści, bo spotykamy tego znajomego i on nas prowadzi do swojego domu.
Kolejna scena, jesteśmy u niego. Mieszka w rezydencji i jest przeraźliwie bogaty. Mówi, że nam pomoże. Pokój jest tak duży, że mieści się tam traktor (wszystko dzieje się na wsi), on mówi "Ta, która jest piękniejsza, niech wsiądzie pierwsza". Tak mnie to zaskakuje, że zastygam w bezruchu, A. siada za kierownicę i jedzie po J., dzieci i bagaże. Ja zostaję z nim.
Jest jakoś drętwo, on jest strasznie zdystansowany, ale po jakimś czasie zaczyna nam się dobrze gadać. Okazuje się, że niedawno się zakochał, ale jego wybranka została uduszona linką wędkarską (we śnie widziałam zdjęcie, to była Katie Holmes).
Zbliża się burza, niebo ciemnieje i zbierają się chmury, trochę się boję o J. Dzwonię do niego i przypominam o bagażach ukrytych w kanapie. Właśnie wtedy, gdy kończę rozmawiać, rozlega się grzmot, zaś do pokoju wchodzi siostra "znajomego". Jest niezwykle piękna i bardzo wysoka, ma srebrne włosy ścięte na pazia i szare oczy (miały kolor rtęci). Aż mnie ciarki przeszły jak na mnie spojrzała. Odnoszę wrażanie, że mnie nie lubi, traktuje z dystansem, patrzy "z góry" (to akurat nie tylko wrażenie, a fakt ;)).
Gadamy, choć to ona bardziej drąży i wypytuje. Dowiaduję się kilku rzeczy. Dziewczyna jest czarownicą, taką 'z prawdziwego zdarzenia', to ona maczała palce w tajemniczej śmierci dziewczyny. To ona sprawiła że A. pokochała innego (nie jej brata, bo kiedyś 'mieli się ku sobie'). To ona ma złote ryby z jeziora. Widać, że bardzo kocha brata, ale miłością toksyczną i zaborczą. Stracili rodziców, jako starsza siostra, przejęła rolę matki. Próbuję jej powiedzieć jak to wygląda "z boku", ale nie muszę nic mówić, bo ona zna moje myśli.
Wchodzi jej brat, rozmawiamy we trójkę i napięcie opada. Burza przechodzi bokiem. Plan był taki, że tym ciągnikiem Chłopak zawiezie nas na dworzec, ale on mówi, że odwiezie nas samochodem na nasze wakacje. W tym momencie wchodzi J., oznajmiam mu "dobre wieści" i pytam czy zabrał bagaże z kanapy. Okazało się że nie i od razu zawraca.
Tymczasem ja, mówię że muszę wziąć prysznic, jeszcze zdążę przed powrotem J. Ta siostra do mnie mówi "Jasne, tylko nie zamocz sobie pieluchy" i mruga do mnie. Dziwię się, ale idę. Łazienka jest gigantyczna, ma wielkie lustra aż pod sufit, przeglądam się i już wiem "o co chodzi". Jestem ciemnoskórą staruszką, zmalałam, garbię się. Mam problemy z trzymaniem moczu i noszę pieluchę. Jeszcze przez chwilę czuję się jak 'młoda Ja', tylko wyglądam staro, ale w trakcie rozbierania zaczynam się "czuć" staro. Bolą mnie kości, czuję zmęczenie, nie mogę podnieść rąk do góry, czuję się "jak z krzyża zdjęta". Rozbieram się, została już tylko ta pielucha, patrzę na swój brzuch i piersi, stare, obwisłe, pomarszczone. Patrzę na twarz, oczy jakby 'za mgłą', mam krótkie, bardzo kręcone włosy (wciąż gęste i napawa mnie to dumą). Jestem już tak zmęczona, że rezygnuję z kąpieli. Ubieram się, w kurtce znajduje 200zł, przekładam je do portfela. Zerkam w lustro, już jestem sobą. Okazuje się, że to była tylko iluzja, taki psikus 'starszej siostry'.
Pędzę do nich ile sił, czuję że krew krąży w żyłach coraz szybciej, aż chcę krzyczeć z radości (doceniam to, że znów jestem młoda, silna, zdrowa). Na korytarzu wpadam na "znajomego", wprost w jego ramiona. Przytulam go z całych sił i dziękuję za wszystko, jestem wdzięczna (nawet za spotkanie siostry, która mi wiele uświadomiła). On mówi, że daje nam samochód na wakacje, jak będziemy wracać po nasze auto, to oddamy mu jego.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złoto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złoto. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 marca 2015
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Sen o odwyku
Jestem opiekunką dwóch przesłodkich kociaków. Dbam o nie i pielęgnuję, ale one coraz częściej chadzają własnymi drogami. Trudno mi się pogodzić z ich niezależnością, ale bywają momenty że kotki mnie potrzebują, wskakują mi wtedy na kolana i tulą się do mnie. Te momenty sprawiają, że moja "misja" wydaje mi się ważna, to do mnie należy: dać im swój czas, jedzenie, poczucie bezpieczeństwa, prawdziwy dom, ale również pozwolić na odrobinkę swobody/niezależności. W każdym razie, chadzam sobie ze swoimi dwoma kotami po mieście, gdyż- szuka mnie mąż i najbliżsi, bo dostałam "różowy list".
Ja z jakiegoś powodu nie chcę go otwierać i jestem w ciągłym ruchu, wciąż się przemieszczam z miejsca na miejsce. W końcu docieram do starej kryjówki "za ścianą", gdzie napotykam znajomych ze studiów (z resocjalizacji). Gdy tak gadamy, moje koty gdzieś się oddalają, zaś mnie odnajduje mąż i rodzina.
Kolejna scena, jestem w budynku. Widzę wejście na oddział, ale od razu kieruję się na dół (piwnica), jest tam kawiarenka, stołówka, świetlica, pokój filmowy.. znam te pomieszczenia. Wchodzę do kawiarni, można tam kupić coś słodkiego i ciepłego do picia. Pani za ladą od razu mnie rozpoznaje (zresztą ja ją też) i mówi że mam u niej dług (co mnie trochę zaniepokoiło) i wyciąga rachunek a tam dopisek i informacją o niezapłaconych 2zł ;) Idę zwiedzać stare kąty, znów mijam wejście na oddział (czyli sypialnie), ale przechodzę na najwyższe piętro (terapia grupowa i indywidualna), zaglądam do sali gdzie jest terapia poprzez sztukę: rysunek/malarstwo, ale nikogo nie rozpoznaję (nikogo z ludzi, nawet wykładowcy). Za to moją uwagę przykuwają obrazy, przyglądam się im długo, tym razem tematem było użycie tylko dwóch kolorów: czerwieni i niebieskiego (zaś narysować można było wszystko, widzę twarze, pejzaże, same kolory które się przenikają, drzewo itp). Prace są przeróżne, ale tylko w tych dwóch kolorach, co daje niesamowity efekt. Kiedy odwracam się by iść dalej, wpadam na X. Tez chce iść na odwyk. Okazuje się, że już tu razem byliśmy i to aż 2x (wynika to z kontekstu rozmowy, zaś mi się "przypomina" w trakcie rozmowy).
W tym momencie podchodzi mój mąż i wyciąga różowy list (zaproszenie na odwyk). Tłumaczę X. że jesteśmy tu dobrowolnie i nie musimy tego robić po raz 3, tym bardziej że 4 wizyta na oddziale nie jest już dobrowolna, dostajemy wtedy fioletowy list i "musimy iść" na odwyk. X. mówi że sam nie wie (nie jest pewien czy iść), ale "nie da rady wytrzymać" i jednak się zdecyduje. Schodzimy na dół, oddaję dług, okazuje się że miesięczne wyżywienie będzie kosztować "od teraz" ponad 3 tysiące (Pani do mnie mruga i mów, że jak dla mnie "za darmo, po starej znajomości"). Wracam do X. i mówię mu o "dużych kosztach" tego odwyku, ale on jest zdecydowany i mówi: Ola, któreś z nas musi, ja to zrobię."
W zasadzie tak się kończy sen, ja odchodzę z J. Jeszcze zostajemy na odsłonięciu jakiegoś gigantycznego obrazu (dosłownie, jesteśmy w galerii i jeden z obrazów jest zakryty czerwonym płótnem). Obraz przedstawia kłębiące się kolory, niczym wiry, tornada, spirale, w górze kolory wyglądają jak dym co pnie się ku niebu. Tonacja (od dołu) to czerwień, pomarańcz i złoto przechodzące w krem. Chwilę później odchodzimy.
Jak widać sporo kolorów w tym śnie. Mam wrażenie że najważniejszy to fiolet. (niebieski i czerwień tworzą fiolet)
Koty to zapewne moje dzieci ;)
Ja z jakiegoś powodu nie chcę go otwierać i jestem w ciągłym ruchu, wciąż się przemieszczam z miejsca na miejsce. W końcu docieram do starej kryjówki "za ścianą", gdzie napotykam znajomych ze studiów (z resocjalizacji). Gdy tak gadamy, moje koty gdzieś się oddalają, zaś mnie odnajduje mąż i rodzina.
Kolejna scena, jestem w budynku. Widzę wejście na oddział, ale od razu kieruję się na dół (piwnica), jest tam kawiarenka, stołówka, świetlica, pokój filmowy.. znam te pomieszczenia. Wchodzę do kawiarni, można tam kupić coś słodkiego i ciepłego do picia. Pani za ladą od razu mnie rozpoznaje (zresztą ja ją też) i mówi że mam u niej dług (co mnie trochę zaniepokoiło) i wyciąga rachunek a tam dopisek i informacją o niezapłaconych 2zł ;) Idę zwiedzać stare kąty, znów mijam wejście na oddział (czyli sypialnie), ale przechodzę na najwyższe piętro (terapia grupowa i indywidualna), zaglądam do sali gdzie jest terapia poprzez sztukę: rysunek/malarstwo, ale nikogo nie rozpoznaję (nikogo z ludzi, nawet wykładowcy). Za to moją uwagę przykuwają obrazy, przyglądam się im długo, tym razem tematem było użycie tylko dwóch kolorów: czerwieni i niebieskiego (zaś narysować można było wszystko, widzę twarze, pejzaże, same kolory które się przenikają, drzewo itp). Prace są przeróżne, ale tylko w tych dwóch kolorach, co daje niesamowity efekt. Kiedy odwracam się by iść dalej, wpadam na X. Tez chce iść na odwyk. Okazuje się, że już tu razem byliśmy i to aż 2x (wynika to z kontekstu rozmowy, zaś mi się "przypomina" w trakcie rozmowy).
W tym momencie podchodzi mój mąż i wyciąga różowy list (zaproszenie na odwyk). Tłumaczę X. że jesteśmy tu dobrowolnie i nie musimy tego robić po raz 3, tym bardziej że 4 wizyta na oddziale nie jest już dobrowolna, dostajemy wtedy fioletowy list i "musimy iść" na odwyk. X. mówi że sam nie wie (nie jest pewien czy iść), ale "nie da rady wytrzymać" i jednak się zdecyduje. Schodzimy na dół, oddaję dług, okazuje się że miesięczne wyżywienie będzie kosztować "od teraz" ponad 3 tysiące (Pani do mnie mruga i mów, że jak dla mnie "za darmo, po starej znajomości"). Wracam do X. i mówię mu o "dużych kosztach" tego odwyku, ale on jest zdecydowany i mówi: Ola, któreś z nas musi, ja to zrobię."
W zasadzie tak się kończy sen, ja odchodzę z J. Jeszcze zostajemy na odsłonięciu jakiegoś gigantycznego obrazu (dosłownie, jesteśmy w galerii i jeden z obrazów jest zakryty czerwonym płótnem). Obraz przedstawia kłębiące się kolory, niczym wiry, tornada, spirale, w górze kolory wyglądają jak dym co pnie się ku niebu. Tonacja (od dołu) to czerwień, pomarańcz i złoto przechodzące w krem. Chwilę później odchodzimy.
Jak widać sporo kolorów w tym śnie. Mam wrażenie że najważniejszy to fiolet. (niebieski i czerwień tworzą fiolet)
Koty to zapewne moje dzieci ;)
środa, 26 listopada 2014
Zaległe sny
Sen z wczoraj:
Jestem w swoim starym (rodzinnym) domu. Każdy pokój jest 2x większy niż zazwyczaj. Wszystko jest skąpane w takim ciepłym pomarańczowym świetle, na suficie porozwieszane są lampki choinkowe. Przygotowuję bożonarodzeniowe przyjęcie. To wielki zjazd rodzinny, zaś ja jestem gospodynią. Część gości już przybyła. Sen zaczyna się gdy wchodzę do domu z zakupami. Przechodzę przez pokoje witając się z nowo przybyłymi (pojedynczy buziak w policzek). To osoby z mojej rodziny, znajomi, przyjaciele. (Jak się okaże po przebudzeniu, cześć z nich już nie żyje np. mój dziadek, ciocia, ale we śnie "nie posiadam tej wiedzy"). Idę do kuchni, która już nie jest moją kuchnią, ale całkiem inną, ma drzwi do dużej chłodni. Odkrywam tam zamkniętą koleżankę Asi - Małgosię. Szukam mojej mamy (by ją zrugać, bo ona była odpowiedzialna za Gosię, gdy byłam na zakupach), ale jej nie znajduję. Dziewczynce nic nie jest, jest tylko zmarznięta. Od razu szuka Asi, ja zaś zauważam że G. ma 3 kolczyki w lewym uchu. Żeby ją odstresować pokazuję jej nową kolekcję kolczyków (w realu też mam hopla na punkcie kolczyków ;)). Mała wybiera różową rybkę ze złocistymi elementami i się uśmiecha. W tym momencie wchodzi mama Małgosi i dziękuje za opiekę nad córką, zaś chwilę późnej pyta, czy może ją nam zostawić jeszcze na miesiąc. Jestem w wielkim szoku - jak matka może o coś takiego prosić...
Sen z dzisiejszej nocy:
Jestem na koncercie, moim zadaniem jest przeprowadzić wywiad z "gwiazdą" tzw. frot menem. Chłopiec jest niezwykle popularny, bardzo sympatyczny, ma wygląd trochę w stylu emo (długa, czarna grzywa na bok). Jeździ na wózku. Sen zaczyna się gdy po koncercie gadamy "w grupce" (inni dziennikarze, organizatorzy, członkowie zespołu itp.). Jakoś nie mogę się dopchać (i nie chcę), tylko się bacznie przysłuchuję. Za chwilę ma się odbyć bieg. Coś mi strzela do głowy i decyduję się też startować w biegu - ale na wózku inwalidzkim. Stoję zaraz obok tego chłopca i przez chwilę jedziemy takim samym tempem, ale potem on przyśpiesza. W końcu cała grupa jest daleko przede mną. Rozpędzam wózek tak, że wypada z toru i wstaję na nogi, ci którzy nie wiedzieli że ja chodzę krzyczą "to cud!". Śmieję się pod nosem i zbaczam z trasy. Trafiam do przestronnego pokoju, wygląda on jak wnętrze stodoły, wszędzie jest pełno drabin. W środku stoi chłopak, ma gołą klatę. Mówi że odpoczywa od "wyścigu szczurów" i kiedy podchodzę bliżej, obejmuje mnie mocno i mówi że cieszy się że do niego dołączyłam.
Jestem w swoim starym (rodzinnym) domu. Każdy pokój jest 2x większy niż zazwyczaj. Wszystko jest skąpane w takim ciepłym pomarańczowym świetle, na suficie porozwieszane są lampki choinkowe. Przygotowuję bożonarodzeniowe przyjęcie. To wielki zjazd rodzinny, zaś ja jestem gospodynią. Część gości już przybyła. Sen zaczyna się gdy wchodzę do domu z zakupami. Przechodzę przez pokoje witając się z nowo przybyłymi (pojedynczy buziak w policzek). To osoby z mojej rodziny, znajomi, przyjaciele. (Jak się okaże po przebudzeniu, cześć z nich już nie żyje np. mój dziadek, ciocia, ale we śnie "nie posiadam tej wiedzy"). Idę do kuchni, która już nie jest moją kuchnią, ale całkiem inną, ma drzwi do dużej chłodni. Odkrywam tam zamkniętą koleżankę Asi - Małgosię. Szukam mojej mamy (by ją zrugać, bo ona była odpowiedzialna za Gosię, gdy byłam na zakupach), ale jej nie znajduję. Dziewczynce nic nie jest, jest tylko zmarznięta. Od razu szuka Asi, ja zaś zauważam że G. ma 3 kolczyki w lewym uchu. Żeby ją odstresować pokazuję jej nową kolekcję kolczyków (w realu też mam hopla na punkcie kolczyków ;)). Mała wybiera różową rybkę ze złocistymi elementami i się uśmiecha. W tym momencie wchodzi mama Małgosi i dziękuje za opiekę nad córką, zaś chwilę późnej pyta, czy może ją nam zostawić jeszcze na miesiąc. Jestem w wielkim szoku - jak matka może o coś takiego prosić...
Sen z dzisiejszej nocy:
Jestem na koncercie, moim zadaniem jest przeprowadzić wywiad z "gwiazdą" tzw. frot menem. Chłopiec jest niezwykle popularny, bardzo sympatyczny, ma wygląd trochę w stylu emo (długa, czarna grzywa na bok). Jeździ na wózku. Sen zaczyna się gdy po koncercie gadamy "w grupce" (inni dziennikarze, organizatorzy, członkowie zespołu itp.). Jakoś nie mogę się dopchać (i nie chcę), tylko się bacznie przysłuchuję. Za chwilę ma się odbyć bieg. Coś mi strzela do głowy i decyduję się też startować w biegu - ale na wózku inwalidzkim. Stoję zaraz obok tego chłopca i przez chwilę jedziemy takim samym tempem, ale potem on przyśpiesza. W końcu cała grupa jest daleko przede mną. Rozpędzam wózek tak, że wypada z toru i wstaję na nogi, ci którzy nie wiedzieli że ja chodzę krzyczą "to cud!". Śmieję się pod nosem i zbaczam z trasy. Trafiam do przestronnego pokoju, wygląda on jak wnętrze stodoły, wszędzie jest pełno drabin. W środku stoi chłopak, ma gołą klatę. Mówi że odpoczywa od "wyścigu szczurów" i kiedy podchodzę bliżej, obejmuje mnie mocno i mówi że cieszy się że do niego dołączyłam.
poniedziałek, 24 listopada 2014
W objęciach potomka Mofeusza
Mieszkam w dużym rodzinnym domu na wsi. Moja córeczka-Asia, to we śnie moja młodsza siostra o którą bardzo się troszczę (rodzice nas zaniedbują). Co noc mam koszmary, bardzo źle sypiam.
Rodzice mówią że "nawiedza mnie diabeł".
Sen zaczyna się, gdy przed pójściem spać idę okryć Asię. Gdy już mam się położyć, odkrywam że ukruszył mi się ząb (ostatni na górze z lewej strony), idę do łazienki i z tego zęba do umywalki sypią mi się srebrne kuleczki (niczym rtęć, ale większe). Jest ich tak dużo że nazbierała się cała umywalka. Kiedy to "wysypywanie" się kończy, idę do łóżka. Kładę się później niż zazwyczaj. Ledwo co zdążyłam zamknąć oczy a do pokoju wchodzi młody mężczyzna. Domyślam się, że to jest "ten diabeł" co mnie nawiedza.
Bierze mnie za rękę i uśmiecha się. Mówi: "czas na naszą wycieczkę, zaczniemy od targu". Jestem przy straganie i wybieram warzywa i owoce. Sprzedawca śmieje się ze mnie i mówi że tylko dziś wyglądam na trzeźwą/świadomą, bo zawsze jak mnie widzi to wyglądam jakbym była "nieprzebudzona". Ten chłopak który ze mną przybył staje w mojej obronie. Po słownej przepychance, odchodzimy.
Tłumaczy mi, że kocha mnie odkąd mnie zobaczył. Pochodzi z bardzo starego rodu, jest potomkiem Morfeusza. Prowadzi mnie do komnat. Ród do którego należy - zsyła sny. Widzę jak w rzędach "leżą na suficie" istoty podobne do człowieka, zaś pod nimi są łóżka ze śniącymi ludźmi z całego świata. Zazwyczaj decyduje los, kto na kogo trafi, ale są wyjątki.
Tłumaczy mi, że od czasu, gdy "trafił na mnie", nie pozwala nikomu innemu "zsyłać mi snów". Co więcej, co noc sprowadza mnie do swojego świata, choć się tym naraża (to wbrew regułom).
Twierdzi, że Zsyłający Sny zazwyczaj "dają sen" ale niekiedy sami mogą wnikać w sen. Dzieje się to tylko wtedy, gdy osoba śpiąca leży na plecach. W innym wypadku jest to niezwykle trudne, choć możliwe. Wymaga to olbrzymiej siły woli, doświadczenia w tej kwestii lub co najmniej jednego kontaktu "we śnie" wcześniej.
Kolejna scena, atakuje nas ten gość ze straganu (ze swoim bratem), my uciekamy.
Kolejna scena, leżymy w niewielkim pokoju. Ja przebudzam się pierwsza. Rozglądam się. Wszędzie są półki, zastawione fiolkami, buteleczkami, niektóre z proszkiem, niektóre z płynem albo suszonymi ziołami. Mój towarzysz się budzi, mówi że to fiolki "ze snami" wszelkiej maści. Cały pokój tonie w złocisto-pomarańczowym blasku.
Nie wklejam foty, bo ta w tytule bloga pasuje ;)
Rodzice mówią że "nawiedza mnie diabeł".
Sen zaczyna się, gdy przed pójściem spać idę okryć Asię. Gdy już mam się położyć, odkrywam że ukruszył mi się ząb (ostatni na górze z lewej strony), idę do łazienki i z tego zęba do umywalki sypią mi się srebrne kuleczki (niczym rtęć, ale większe). Jest ich tak dużo że nazbierała się cała umywalka. Kiedy to "wysypywanie" się kończy, idę do łóżka. Kładę się później niż zazwyczaj. Ledwo co zdążyłam zamknąć oczy a do pokoju wchodzi młody mężczyzna. Domyślam się, że to jest "ten diabeł" co mnie nawiedza.
Bierze mnie za rękę i uśmiecha się. Mówi: "czas na naszą wycieczkę, zaczniemy od targu". Jestem przy straganie i wybieram warzywa i owoce. Sprzedawca śmieje się ze mnie i mówi że tylko dziś wyglądam na trzeźwą/świadomą, bo zawsze jak mnie widzi to wyglądam jakbym była "nieprzebudzona". Ten chłopak który ze mną przybył staje w mojej obronie. Po słownej przepychance, odchodzimy.
Tłumaczy mi, że kocha mnie odkąd mnie zobaczył. Pochodzi z bardzo starego rodu, jest potomkiem Morfeusza. Prowadzi mnie do komnat. Ród do którego należy - zsyła sny. Widzę jak w rzędach "leżą na suficie" istoty podobne do człowieka, zaś pod nimi są łóżka ze śniącymi ludźmi z całego świata. Zazwyczaj decyduje los, kto na kogo trafi, ale są wyjątki.
Tłumaczy mi, że od czasu, gdy "trafił na mnie", nie pozwala nikomu innemu "zsyłać mi snów". Co więcej, co noc sprowadza mnie do swojego świata, choć się tym naraża (to wbrew regułom).
Twierdzi, że Zsyłający Sny zazwyczaj "dają sen" ale niekiedy sami mogą wnikać w sen. Dzieje się to tylko wtedy, gdy osoba śpiąca leży na plecach. W innym wypadku jest to niezwykle trudne, choć możliwe. Wymaga to olbrzymiej siły woli, doświadczenia w tej kwestii lub co najmniej jednego kontaktu "we śnie" wcześniej.
Kolejna scena, atakuje nas ten gość ze straganu (ze swoim bratem), my uciekamy.
Kolejna scena, leżymy w niewielkim pokoju. Ja przebudzam się pierwsza. Rozglądam się. Wszędzie są półki, zastawione fiolkami, buteleczkami, niektóre z proszkiem, niektóre z płynem albo suszonymi ziołami. Mój towarzysz się budzi, mówi że to fiolki "ze snami" wszelkiej maści. Cały pokój tonie w złocisto-pomarańczowym blasku.
Nie wklejam foty, bo ta w tytule bloga pasuje ;)
sobota, 4 października 2014
Włoskie miasteczko
Dziś znów śniłam o tym samym mieście. Obudziłam się we śnie gdy stałam na skrzyżowaniu. Miałam widok na 4 wąskie uliczki, każda "prowadziła" do czegoś.
Pierwsza do gigantycznej fontanny (szerokiej) z czterema jeźdźcami. Każdy koń był w ruchu, wszystkie odrywały przednie kopyta od podłoża "w kolejności" (pierwszy z lewej najmniej, drugi nieco bardziej.. ostatni koń niemalże stał na dwóch tylnych kończynach).
Druga uliczka wiodła do pomnika pięknej, nagiej kobiety o długich włosach. W prawej dłoni trzymała ona naczynie z olejkiem i polewała dekolt, drugą dłonią rozsmarowywała olejek, pod nią był podpis Rozkosz.
Trzecia uliczka wiodła do bardzo wysokiej i wąskiej fontanny z dosyć szerokim, ale płytkim dnem, to Fontanna Życzeń. Można tam było wrzucać monety, ale większość ludzi wrzucała tam drobiazgi symbolizujące ich pragnienia. Kiedy na nią popatrzyłam, przypomina mi się że byłam tu w innym śnie, znam to miejcie. Ludzie wrzucają tam wisiorki, pierścionki, malutkie złote serca, kolczyki itp. Fontanna jest prześliczna, woda pełna jest mieniących się monet i biżuterii.
Czwarta uliczka prowadzi do gigantycznej karuzeli. Decyduję się nią pójść, wsiadam najpierw na konika, potem do samochodu, potem do karocy z dyni, aż w końcu przesiadam się na motor. Karuzela rusza, podnosimy się wysoko, z góry obserwuję miasto, znam go z wielu snów.
Po zejściu kieruję się do sklepiku ze starociami, rośnie koło niego czereśnia (obrodziła w soczyste, czerwone owoce). Wiem że śnię, ale jestem tak ciekawa tego miasta, że zamiast coś robić, to chodzę i je "zwiedzam", próbuję jak najwięcej zapamiętać.
Pierwsza do gigantycznej fontanny (szerokiej) z czterema jeźdźcami. Każdy koń był w ruchu, wszystkie odrywały przednie kopyta od podłoża "w kolejności" (pierwszy z lewej najmniej, drugi nieco bardziej.. ostatni koń niemalże stał na dwóch tylnych kończynach).
Druga uliczka wiodła do pomnika pięknej, nagiej kobiety o długich włosach. W prawej dłoni trzymała ona naczynie z olejkiem i polewała dekolt, drugą dłonią rozsmarowywała olejek, pod nią był podpis Rozkosz.
Trzecia uliczka wiodła do bardzo wysokiej i wąskiej fontanny z dosyć szerokim, ale płytkim dnem, to Fontanna Życzeń. Można tam było wrzucać monety, ale większość ludzi wrzucała tam drobiazgi symbolizujące ich pragnienia. Kiedy na nią popatrzyłam, przypomina mi się że byłam tu w innym śnie, znam to miejcie. Ludzie wrzucają tam wisiorki, pierścionki, malutkie złote serca, kolczyki itp. Fontanna jest prześliczna, woda pełna jest mieniących się monet i biżuterii.
Czwarta uliczka prowadzi do gigantycznej karuzeli. Decyduję się nią pójść, wsiadam najpierw na konika, potem do samochodu, potem do karocy z dyni, aż w końcu przesiadam się na motor. Karuzela rusza, podnosimy się wysoko, z góry obserwuję miasto, znam go z wielu snów.
Po zejściu kieruję się do sklepiku ze starociami, rośnie koło niego czereśnia (obrodziła w soczyste, czerwone owoce). Wiem że śnię, ale jestem tak ciekawa tego miasta, że zamiast coś robić, to chodzę i je "zwiedzam", próbuję jak najwięcej zapamiętać.
sobota, 20 września 2014
Wizyta w teatrze
Dostałyśmy z Agą bilety na przedstawienie w Paryżu. Zachwycone wyruszamy. Po drodze czeka nas porcja zadań do wykonania. Dostajemy specjalną mapę i musimy "zaliczyć" co najmniej połowę punktów na niej (konkretne miejsca które trzeba odwiedzić np. szczyt górski, spotkania z ludźmi jak i zadania logiczne). Jestem na miejscu szybciej niż A. Zajmuję miejsce zaraz przy półokrągłej scenie, na widowni są już tłumy. Po chwili siostra dociera i siada na moich kolanach (brak miejsc), przedstawienie się zaczyna.
Jest klimatycznie, głośno; kostiumy, sceneria i oświetlenie są na najwyższym poziomie. Pierwsza cześć kończy się szybko. Na scenę wchodzi konferansjer zapowiadając przerwę, mówi też że Ci którzy nie czują potrzeby by skorzystać z toalety czy coś przekąsić, mogą obejrzeć mini-przedstawienie. Uśmiecham się i mówię do A. ze zapewne będzie śmiesznie i za chwilę pojawi się mężczyzna przebrany za wróżkę-baletnicę.
Na scenę wchodzi mężczyzna przebrany za wróżkę-baletnicę ;)
Ma długie brązowe włosy ciasno spięte w kucyk, srebrzystą opaskę na czole. Jest ubrany w czarny męski strój do baletu, ma srebrzystą spódniczkę i różdżkę w prawej dłoni (zakończona gwiazdeczką). Tańczy, zabawia publiczność, mówi cały czas - widownia raz po raz wybucha śmiechem. Skupia na sobie całą uwagę. Nagle jego wzrok pada na mnie, natychmiast zbliża się i staje naprzeciwko. Mam wrażenie że od teraz patrzy tylko na mnie.
A. wciąż siedzi na moich kolanach, zaczyna mi ciążyć, poza tym robię się niepewna.. a może on patrzy na A. a nie na mnie? Mówię jej że mi ciężko a ona przypomina mi, że nie ma miejsca.
Spoglądam w lewo, przerzedziło się (wszak to przerwa), na fotelu obok siedzi pluszowy miś wielkości człowieka. Mówię do A. by siadła obok, ja zaś biorę misia na kolana. Przedstawienie trwa, teraz mam pewność że on patrzy na mnie. Wygląda komicznie, ale spojrzenie ma tak przeszywające że raz po raz przechodzą mnie Ciary. Przedstawienie dobiega końca, on kłania się nisko we wszystkie strony. Ostatni pokłon jest w moim kierunku. Kiedy się prostuje wyciąga do mnie rękę, jakby chciał zrobić ze mną cześć. Chwila wahania i decyduję się również wyciągnąć rękę, ku mojemu zdziwieniu on robi "w tył zwrot" zaś mój fotel niespodziewanie się przechyla w stronę sceny, balansuje tam chwilę jak sprężynowa zabawka a potem wraca na swoje miejsce. Widownia szaleje, wszyscy powtarzają mój gest. Tymczasem on nie zwraca na nich uwagi, podaje mi swój kapelusz i odchodzi, w środku zauważam malutkiego pajączka.
Jest klimatycznie, głośno; kostiumy, sceneria i oświetlenie są na najwyższym poziomie. Pierwsza cześć kończy się szybko. Na scenę wchodzi konferansjer zapowiadając przerwę, mówi też że Ci którzy nie czują potrzeby by skorzystać z toalety czy coś przekąsić, mogą obejrzeć mini-przedstawienie. Uśmiecham się i mówię do A. ze zapewne będzie śmiesznie i za chwilę pojawi się mężczyzna przebrany za wróżkę-baletnicę.
Na scenę wchodzi mężczyzna przebrany za wróżkę-baletnicę ;)
Ma długie brązowe włosy ciasno spięte w kucyk, srebrzystą opaskę na czole. Jest ubrany w czarny męski strój do baletu, ma srebrzystą spódniczkę i różdżkę w prawej dłoni (zakończona gwiazdeczką). Tańczy, zabawia publiczność, mówi cały czas - widownia raz po raz wybucha śmiechem. Skupia na sobie całą uwagę. Nagle jego wzrok pada na mnie, natychmiast zbliża się i staje naprzeciwko. Mam wrażenie że od teraz patrzy tylko na mnie.
A. wciąż siedzi na moich kolanach, zaczyna mi ciążyć, poza tym robię się niepewna.. a może on patrzy na A. a nie na mnie? Mówię jej że mi ciężko a ona przypomina mi, że nie ma miejsca.
Spoglądam w lewo, przerzedziło się (wszak to przerwa), na fotelu obok siedzi pluszowy miś wielkości człowieka. Mówię do A. by siadła obok, ja zaś biorę misia na kolana. Przedstawienie trwa, teraz mam pewność że on patrzy na mnie. Wygląda komicznie, ale spojrzenie ma tak przeszywające że raz po raz przechodzą mnie Ciary. Przedstawienie dobiega końca, on kłania się nisko we wszystkie strony. Ostatni pokłon jest w moim kierunku. Kiedy się prostuje wyciąga do mnie rękę, jakby chciał zrobić ze mną cześć. Chwila wahania i decyduję się również wyciągnąć rękę, ku mojemu zdziwieniu on robi "w tył zwrot" zaś mój fotel niespodziewanie się przechyla w stronę sceny, balansuje tam chwilę jak sprężynowa zabawka a potem wraca na swoje miejsce. Widownia szaleje, wszyscy powtarzają mój gest. Tymczasem on nie zwraca na nich uwagi, podaje mi swój kapelusz i odchodzi, w środku zauważam malutkiego pajączka.
niedziela, 6 lipca 2014
Zlepek snów
Śniło mi się, że schodzę do gigantycznej, prehistorycznej doliny. To była zorganizowana wycieczka, schodziłam tam razem z grupą. Dolina była bardzo głęboka, olbrzymia, aż zapierało dech w piersiach. Samo patrzenie było fascynujące, zastanawiałam się co tu się wydarzyło, że dolina ma taki dziwny i nietypowy kształt. Im niżej byliśmy, tym szybciej schodziłam. Pierwsza znalazłam się na dole. Przewodniczka kazała nam zwrócić uwagę na system komór po prawej.
Przy wejściu do komór, była gigantyczna kamienna głowa. To był bardzo dziwny "twór".
Wyglądała jak głowa mężczyzny z wielkim nosem, usta miała w kształcie prostokąta - to było "okienko Wymiany". Przewodniczka tłumaczyła, że było to pierwsze stanowisko handlowe. Można było w tym okienku wymienić coś lub kupić-sprzedać. Transakcja zawarta w tym okienku była "wiążąca". Ta głowa przypomniała mi nieco głowę Inka.
Podchodzę bliżej do tej gigantycznej głowy, by się przyjrzeć, ale coś innego zwraca moją uwagę, jakiś ruch po lewej. Patrzę w górę na otaczające nas ściany doliny i oczom nie wierzę. Są tam wetknięci ludzie, gdzieś do połowy ciała i próbują się wydostać. Robią to coraz gwałtowniej. Zauważam że to olbrzymy, zostały przez nas obudzone. Robię w tył zwrot i uciekam, ostrzegam grupę by nie schodziła niżej, ale mi nie wierzą. Po chwili słyszę wrzaski, cześć ludzi z mojej grupy mnie dogania. Giganci są coraz bliżej, robią duże kroki, mają co najmniej 3-4 metry. Ich ciała wyglądają jakby były pokryte srebrnym popiołem. Ktoś krzyczy że samym dotykiem, potrafią sprawić że "człowiek zapomni". Uciekam, ale to nic nie daje, wymyślam sobie więc, że muszę ulecieć i to wysoko. Wzlatuję, choć jest bardzo ciężko, powietrze jest dziwnie gęste i stwarza opór. W końcu - udaje mi się uciec.
Dalsza część snu, ląduję w innej epoce, jestem na zamku. Wielka sala tronowa, mnóstwo "gości", coś uroczystego ma się wydarzyć. Nagle pojawiają się istoty z poprzedniego snu, tym razem są to Kamienni Rycerze. Mają srebrne zbroje, hełmy i długie włócznie. Jestem przerażona bo nie ucieknę z pomieszczeń latając. Obserwuje innych, zauważam że nie można szlochać ani krzyczeć, rycerze mają zamknięte kamienne powieki, ale doskonały słuch. Jedyne co mnie może uratować, to "małpowanie" ich chodu. Ci rycerze chodzą szurając nogami. Systemem podziemnych przejść udaje mi się wydostać wraz z garstką ludzi.
Przeskok, ja wraz z tymi ludźmi lądujemy w gigantycznej przeszkolonej gablocie. Jest nas sześcioro. Mamy specjalne zdolności. Jestem jedyną kobietą, rozglądam się. Mój wzrok pada na wojownika, ma piękne złoto-zielone ciało i w tym samym kolorze zbroję. Ma złote włosy do ramion, uśmiecha się do mnie. Zauważam że ma gigantyczną tarczę ze szczerego złota, widnieje na niej symbol słońca. Naprzeciwko nas jest grupa, również 6 osób, od czasu do czasu "walczymy ze sobą" i nasza grupa zawsze wygrywa. Ten szklany sześcian w którym jesteśmy porusza się jak pociąg, podróżujemy zarówno po głębinie oceanu (widzę kamienne schody, podwodne budowle), po ziemi (nie jest zamieszkana), jak i w chmurach.
Nagle ta druga grupa atakuje nas znienacka, to zmasowany atak na mnie, jestem tak zaskoczona, że kamienieję z przerażenia. Widząc to, ten Solarny Wojownik zasłania mnie swym ciałem. Ja żyję, on zaś ma bardzo głęboką ranę na gardle. W tej chwili przypomina mi się kim jestem, jestem Uzdrowicielką, potrafię wyleczyć każdą ranę, umiem ożywiać ciała umarłych. Wojownika nie da się uratować, moje łzy kapią na jego twarz, moczą jego włosy. Wiem, że uda mi się odratować wszystko, nawet scalić rozczłonkowane ciało, ale pod jednym warunkiem, to nie może być odcięta głowa, wtedy moje moce na nic się zdadzą, nie pomoże żadem czar, maść ani zaklęcie. Widzę jak ten wielki wspaniały wojownik traci swój blask, gaśnie, umiera na moich dłoniach.
Kolejny sen, jestem z córcią w dziwnym małym miasteczku, klimat rodem z prozy Lovecrafta, dziwni ludzie. Wszystkie małe dziewczynki z tego miasta są zgromadzone na "wieczerzy". Siedzą w kręgu jak zahipnotyzowane. Nie bardzo chcę by Asia tam dołączyła, niepokoi mnie ta atmosfera. Mała jest tak podekscytowana, że pozwalam jej usiąść w tym kręgu. Odkrywam w kuchni kocioł z gotującą się gigantyczną gałką oczną i szybko zabieram A. Udaje nam się spokojnie odejść.
Przy wejściu do komór, była gigantyczna kamienna głowa. To był bardzo dziwny "twór".
Wyglądała jak głowa mężczyzny z wielkim nosem, usta miała w kształcie prostokąta - to było "okienko Wymiany". Przewodniczka tłumaczyła, że było to pierwsze stanowisko handlowe. Można było w tym okienku wymienić coś lub kupić-sprzedać. Transakcja zawarta w tym okienku była "wiążąca". Ta głowa przypomniała mi nieco głowę Inka.
Podchodzę bliżej do tej gigantycznej głowy, by się przyjrzeć, ale coś innego zwraca moją uwagę, jakiś ruch po lewej. Patrzę w górę na otaczające nas ściany doliny i oczom nie wierzę. Są tam wetknięci ludzie, gdzieś do połowy ciała i próbują się wydostać. Robią to coraz gwałtowniej. Zauważam że to olbrzymy, zostały przez nas obudzone. Robię w tył zwrot i uciekam, ostrzegam grupę by nie schodziła niżej, ale mi nie wierzą. Po chwili słyszę wrzaski, cześć ludzi z mojej grupy mnie dogania. Giganci są coraz bliżej, robią duże kroki, mają co najmniej 3-4 metry. Ich ciała wyglądają jakby były pokryte srebrnym popiołem. Ktoś krzyczy że samym dotykiem, potrafią sprawić że "człowiek zapomni". Uciekam, ale to nic nie daje, wymyślam sobie więc, że muszę ulecieć i to wysoko. Wzlatuję, choć jest bardzo ciężko, powietrze jest dziwnie gęste i stwarza opór. W końcu - udaje mi się uciec.
Dalsza część snu, ląduję w innej epoce, jestem na zamku. Wielka sala tronowa, mnóstwo "gości", coś uroczystego ma się wydarzyć. Nagle pojawiają się istoty z poprzedniego snu, tym razem są to Kamienni Rycerze. Mają srebrne zbroje, hełmy i długie włócznie. Jestem przerażona bo nie ucieknę z pomieszczeń latając. Obserwuje innych, zauważam że nie można szlochać ani krzyczeć, rycerze mają zamknięte kamienne powieki, ale doskonały słuch. Jedyne co mnie może uratować, to "małpowanie" ich chodu. Ci rycerze chodzą szurając nogami. Systemem podziemnych przejść udaje mi się wydostać wraz z garstką ludzi.
Przeskok, ja wraz z tymi ludźmi lądujemy w gigantycznej przeszkolonej gablocie. Jest nas sześcioro. Mamy specjalne zdolności. Jestem jedyną kobietą, rozglądam się. Mój wzrok pada na wojownika, ma piękne złoto-zielone ciało i w tym samym kolorze zbroję. Ma złote włosy do ramion, uśmiecha się do mnie. Zauważam że ma gigantyczną tarczę ze szczerego złota, widnieje na niej symbol słońca. Naprzeciwko nas jest grupa, również 6 osób, od czasu do czasu "walczymy ze sobą" i nasza grupa zawsze wygrywa. Ten szklany sześcian w którym jesteśmy porusza się jak pociąg, podróżujemy zarówno po głębinie oceanu (widzę kamienne schody, podwodne budowle), po ziemi (nie jest zamieszkana), jak i w chmurach.
Nagle ta druga grupa atakuje nas znienacka, to zmasowany atak na mnie, jestem tak zaskoczona, że kamienieję z przerażenia. Widząc to, ten Solarny Wojownik zasłania mnie swym ciałem. Ja żyję, on zaś ma bardzo głęboką ranę na gardle. W tej chwili przypomina mi się kim jestem, jestem Uzdrowicielką, potrafię wyleczyć każdą ranę, umiem ożywiać ciała umarłych. Wojownika nie da się uratować, moje łzy kapią na jego twarz, moczą jego włosy. Wiem, że uda mi się odratować wszystko, nawet scalić rozczłonkowane ciało, ale pod jednym warunkiem, to nie może być odcięta głowa, wtedy moje moce na nic się zdadzą, nie pomoże żadem czar, maść ani zaklęcie. Widzę jak ten wielki wspaniały wojownik traci swój blask, gaśnie, umiera na moich dłoniach.
Kolejny sen, jestem z córcią w dziwnym małym miasteczku, klimat rodem z prozy Lovecrafta, dziwni ludzie. Wszystkie małe dziewczynki z tego miasta są zgromadzone na "wieczerzy". Siedzą w kręgu jak zahipnotyzowane. Nie bardzo chcę by Asia tam dołączyła, niepokoi mnie ta atmosfera. Mała jest tak podekscytowana, że pozwalam jej usiąść w tym kręgu. Odkrywam w kuchni kocioł z gotującą się gigantyczną gałką oczną i szybko zabieram A. Udaje nam się spokojnie odejść.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






