poniedziałek, 7 lipca 2014

Równoległe wszechświaty i deja vu

Sen1
Jestem w bibliotece akademickiej. Jest późna pora więc jest niewiele osób, światła są przygaszone. Jestem na konferencji dotyczącej Mitycznych Krain, właśnie wpadła mi w ręce niezwykle rzadka księga. Jest bardzo gruba, oprawiona w czarną skórę. Ma śnieżnobiałe, cienkie kartki pokryte drobnym druczkiem. Pełna jest rycin i map.

Kształt krainy o której czytam nieco przypomina Włochy (jest dosyć długa i wąska), to wyspa i nazywa się JOLDEA. Mieszkańcy krainy wierzyli, że pod nią jest lustrzane odbicie wyspy, na której mieszka ich alter ego/sobowtór/bliźniak. Ta druga kraina nazywa się ADELOJ.




To równoległy wszechświat, alternatywna rzeczywistość. Mieszkańcy uważali, że to, czego nie robimy w tym świecie, to co przerywamy, z czego rezygnujemy, jest kontynuowane w alternatywnej rzeczywistości i odwrotnie, czasem w tym świecie się na coś decydujemy a w tamtym-nie. W obu światach mamy wolną wolę, stąd przeróżne scenariusze.



Sen2
Jest noc, właśnie wysiadłam z pociągu i idę w kierunku bloków. Wracam z konferencji ze snu nr 1 snu ;) J. (mąż) miał po mnie przyjść, ale pisze że się spóźni. Jestem objuczona niczym wielbłąd, ciężki plecak, walizka i torba podróżna przez ramię - wszystko wypchane książkami. Nie chce marnować czasu na czekanie na niego i kieruję się w stronę domu. Spotykam 3 chłopaków, proponują pomoc. Wszyscy są bardzo sympatyczni, jeden z nich bardzo mi się podoba, propozycja jest niezwykle kusząca i w zasadzie nie mam powodu by odmówić, ale przeżywam tzw. deja vu, coś mi mówi, że to już sie wydarzyło i w głowie kołacze mi myśl "nie", odmów. Odpowiadam grzecznie, acz stanowczo: dziękuję, ale mieszkam tuż za rogiem, poradzę sobie. Oni ponawiają propozycję x2: czy aby na pewno?, ale jestem nieugięta, odchodzą.


Sen3
Początek taki sam jak sen2, aż do propozycji chłopaków, tym razem nie czuję deja vu, ani nie czuję jakiegoś dyskomfortu psychicznego. Jest mi ciężko, wiele godzin siedziałam w ciasnym przedziale, jestem zmęczona i z radością przyjmuję propozycję. Dwóch chłopców szybko się odłącza, mają być najpóźniej o 23.00 w domu. Pomaga mi ten, który podoba mi się najbardziej. Po odejściu kolegów, on od razu zaprasza mnie do siebie na herbatę z jaśminem. Uwielbiam herbatę :)

Kolejna scena, siedzimy u niego, popijam herbatę, ma genialny pokój wypełniony książkami, przytulną kanapę w takiej śmiesznej wnęce oraz duży telewizor z mega kolekcją filmów obok. Wypijam herbatę, on odprowadza mnie do domu. Bardzo dobrze nam sie gada, więc umawiamy się na następy dzień.

Te kilkanaście minut zmienia moje życie, choć jeszcze o tym nie wiem.

We śnie mam męża (J.), ale nie mamy dzieci, obydwoje mamy swoje kariery. Ja piszę doktorat i jakieś teksty, on pracuje w firmie, widzimy się o poranku a potem dopiero na później kolacji, koło 20.00. Jesteśmy po 30tce, chłopiec którego poznaję właśnie zdał maturę i dostał się na studia MISH (myśli o antropologii, literaturze, psychologii). Jest młodszy ode mnie o dekadę.

Potem zaczyna się ciąg spotkań, co dzień, gadanie, wspólne czytanie, oglądanie filmów, zawsze herbata i tak, krok po kroku zbliżamy się do siebie, coraz bardziej lubimy. Pewnego razu zwijamy się ze śmiechu na jego kanapie i uderzamy się mocno czołami, w tym momencie mam silne deja vu, to już było!, znów czuję impuls by uciec bo coś jest nie tak. Odskakują jak oparzona, mówię mu że to koniec naszej znajomości i tak nic z tego nie będzie i wybiegam. Po drodze biorę jego biało-niebieski gruby sweter, na pamiątkę.

Jeszcze tego samego dnia, gdy wracam z zakupów widzę J. jak stoi w progu i trzyma ten nieszczęsny sweter zmięty w kulkę. Patrzy na mnie takim dziwnym wzrokiem i pyta: od kiedy trwa ta znajomość? Próbuję mu tłumaczyć że jest już skończona, poza tym, nic się między nami nie wydarzyło. J. jest jak skała, niewzruszony. Cokolwiek mówię, nie chce nawet słuchać...


Czy mamy jeszcze szansę ocalić nasz związek? Coś mi mówi że tak, wszak miałam deja vu, jest jeszcze szansa, no bo co by było gdybym w innej rzeczywistości jednak tam została.. chyba po jabłkach.. a może przerodziło by się to w długoletni romans (J. nie odkrył by swetra) a może jeszcze coś innego np. w innej rzeczywistości J. dotarłby na dworzec lub ja bym na niego cierpliwie czekała... nieskończoność scenariuszy.




niedziela, 6 lipca 2014

Zlepek snów

Śniło mi się, że schodzę do gigantycznej, prehistorycznej doliny. To była zorganizowana wycieczka, schodziłam tam razem z grupą. Dolina była bardzo głęboka, olbrzymia, aż zapierało dech w piersiach. Samo patrzenie było fascynujące, zastanawiałam się co tu się wydarzyło, że dolina ma taki dziwny i nietypowy kształt. Im niżej byliśmy, tym szybciej schodziłam. Pierwsza znalazłam się na dole. Przewodniczka kazała nam zwrócić uwagę na system komór po prawej.


Przy wejściu do komór, była gigantyczna kamienna głowa. To był bardzo dziwny "twór".
Wyglądała jak głowa mężczyzny z wielkim nosem, usta miała w kształcie prostokąta - to było "okienko Wymiany". Przewodniczka tłumaczyła, że było to pierwsze stanowisko handlowe. Można było w tym okienku wymienić coś lub kupić-sprzedać. Transakcja zawarta w tym okienku była "wiążąca". Ta głowa przypomniała mi nieco głowę Inka.

Podchodzę bliżej do tej gigantycznej głowy, by się przyjrzeć, ale coś innego zwraca moją uwagę, jakiś ruch po lewej. Patrzę w górę na otaczające nas ściany doliny i oczom nie wierzę. Są tam wetknięci ludzie, gdzieś do połowy ciała i próbują się wydostać. Robią to coraz gwałtowniej. Zauważam że to olbrzymy, zostały przez nas obudzone. Robię w tył zwrot i uciekam, ostrzegam grupę by nie schodziła niżej, ale mi nie wierzą. Po chwili słyszę wrzaski, cześć ludzi z mojej grupy mnie dogania. Giganci są coraz bliżej, robią duże kroki, mają co najmniej 3-4 metry. Ich ciała wyglądają jakby były pokryte srebrnym popiołem. Ktoś krzyczy że samym dotykiem, potrafią sprawić że "człowiek zapomni". Uciekam, ale to nic nie daje, wymyślam sobie więc, że muszę ulecieć i to wysoko. Wzlatuję, choć jest bardzo ciężko, powietrze jest dziwnie gęste i stwarza opór. W końcu - udaje mi się uciec.



Dalsza część snu, ląduję w innej epoce, jestem na zamku. Wielka sala tronowa, mnóstwo "gości", coś uroczystego ma się wydarzyć. Nagle pojawiają się istoty z poprzedniego snu, tym razem są to Kamienni Rycerze. Mają srebrne zbroje, hełmy i długie włócznie. Jestem przerażona bo nie ucieknę z pomieszczeń latając. Obserwuje innych, zauważam że nie można szlochać ani krzyczeć, rycerze mają zamknięte kamienne powieki, ale doskonały słuch. Jedyne co mnie może uratować, to "małpowanie" ich chodu. Ci rycerze chodzą szurając nogami. Systemem podziemnych przejść udaje mi się wydostać wraz z garstką ludzi.

Przeskok, ja wraz z tymi ludźmi lądujemy w gigantycznej przeszkolonej gablocie. Jest nas sześcioro. Mamy specjalne zdolności. Jestem jedyną kobietą, rozglądam się. Mój wzrok pada na wojownika, ma piękne złoto-zielone ciało i w tym samym kolorze zbroję. Ma złote włosy do ramion, uśmiecha się do mnie. Zauważam że ma gigantyczną tarczę ze szczerego złota, widnieje na niej symbol słońca. Naprzeciwko nas jest grupa, również 6 osób, od czasu do czasu "walczymy ze sobą" i nasza grupa zawsze wygrywa. Ten szklany sześcian w którym jesteśmy porusza się jak pociąg, podróżujemy zarówno po głębinie oceanu (widzę kamienne schody, podwodne budowle), po ziemi (nie jest zamieszkana), jak i w chmurach.

Nagle ta druga grupa atakuje nas znienacka, to zmasowany atak na mnie, jestem tak zaskoczona, że kamienieję z przerażenia. Widząc to, ten Solarny Wojownik zasłania mnie swym ciałem. Ja żyję, on zaś ma bardzo głęboką ranę na gardle. W tej chwili przypomina mi się kim jestem, jestem Uzdrowicielką, potrafię wyleczyć każdą ranę, umiem ożywiać ciała umarłych. Wojownika nie da się uratować, moje łzy kapią na jego twarz, moczą jego włosy. Wiem, że uda mi się odratować wszystko, nawet scalić rozczłonkowane ciało, ale pod jednym warunkiem, to nie może być odcięta głowa, wtedy moje moce na nic się zdadzą, nie pomoże żadem czar, maść ani zaklęcie. Widzę jak ten wielki wspaniały wojownik traci swój blask, gaśnie, umiera na moich dłoniach.


Kolejny sen, jestem z córcią w dziwnym małym miasteczku, klimat rodem z prozy Lovecrafta, dziwni ludzie. Wszystkie małe dziewczynki z tego miasta są zgromadzone na "wieczerzy". Siedzą w kręgu jak zahipnotyzowane. Nie bardzo chcę by Asia tam dołączyła, niepokoi mnie ta atmosfera. Mała jest tak podekscytowana, że pozwalam jej usiąść w tym kręgu. Odkrywam w kuchni kocioł z gotującą się gigantyczną gałką oczną i szybko zabieram A. Udaje nam się spokojnie odejść.